O książce
O autorze
Czarne słońce
Szpital św. Tomasza, Londyn
27 grudnia, godzina 2.59
Zaskórniak. Kasa za skórę. Tak mówili na te pieniądze studenci medycyny. Każdy akt zgonu wymagał podpisu lekarza, a każdy podpis oznaczał dla niego niewielkie wynagrodzenie. Śmierć mogłaby być niezłym interesem dla kogoś, kto miałby szczęście znaleźć się we właściwym miejscu w niewłaściwym czasie.
Jednak dla doktora Johna Bennetta, który stawiał czoła lodowatej mżawce, zmierzając żwawo w kierunku głównego gmachu szpitala, perspektywa dodatkowego zarobku stanowiła mizerną rekompensatę za dźwięk pagera o trzeciej nad ranem. Doprawdy mizerną. Jakby dla podkreślenia godziny, Big Ben, którego tarcza zawisła w powietrzu na drugim brzegu rzeki jak księżyc, wybrał właśnie ten moment, by zabrzmieć, a każde ciężkie, głuche uderzenie rozbudzało Bennetta trochę bardziej.
Gdy wkroczył z chłodu w ciepły powiew grzejników umieszczonych w holu, gwałtowna zmiana temperatury sprawiła, że zaparowały mu okulary. Zdjął je i wytarł o koszulę, rozmazując wilgoć na szkłach.
Wyświetlacz nad jego głową ożył, kiedy winda ruszyła w dół, a malejące numery przewinęły się rytmicznie po panelu. W końcu rozległ się stłumiony dźwięk maszynerii, winda zwolniła, a drzwi się otworzyły. Bennett wszedł do wnętrza, zauważając, gdy winda ruszyła w górę, że w przyciemnionych lustrach wyglądał na zdrowszego, niż się czuł.
Kilka chwil później wkroczył na oddział, pozostawiając na czerwonym linoleum niewyraźne ślady butów. Korytarz przed nim był ciemny; wygaszono wszystkie światła z wyjątkiem tych wskazujących wyjście bezpieczeństwa. Lśniły zielenią nad drzwiami po obu końcach korytarza.
– Doktorze? – rozległ się w mroku kobiecy głos. Bennett włożył okulary, by móc rozpoznać zbliżającą się postać.
– Dzień dobry, Lauro – pozdrowił ją z ciepłym uśmiechem. – Tylko nie mów, że zabiłaś mi kolejnego pacjenta.
Bezradnie wzruszyła ramionami.
– Miałam zły tydzień.
– Kto tym razem?
– Pan Hammon.
– Hammon? Nie powiem, żebym był zaskoczony. Było z nim coraz gorzej.
– Czuł się dobrze, gdy zaczynałam dyżur. Ale kiedy zajrzałam...
– Ludzie się starzeją – powiedział Bennett łagodnie, czując, że była zdenerwowana. – Nie mogłaś nic zrobić. – Uśmiechnęła się z wdzięcznością. – Tak czy inaczej, lepiej rzucę okiem. Przygotowałaś papiery?
– Są w biurze.
Pozbawiony okien pokój znajdował się mniej więcej w połowie oddziału. Jedyne światło pochodziło z dwóch monitorów systemu nadzoru i wyświetlacza magnetowidu pod nimi. Jeden z monitorów pokazywał korytarz, gdzie przed chwilą stali, drugi przeskakiwał pomiędzy pokojami pacjentów, zatrzymując się w każdym na kilka sekund. Pokoje były identyczne, każdy z wąskim łóżkiem pośrodku, kilkoma krzesłami pod oknem i odbiornikiem telewizyjnym umieszczonym wysoko na przeciwległej ścianie. Różniły się jedynie liczbą kwiatów i kartek z pozdrowieniami po jednej stronie łóżka oraz urządzeń do monitorowania funkcji życiowych i reanimacji po jego drugiej stronie. Jak można się było spodziewać, liczby jednych i drugich były do siebie wprost proporcjonalne.
Laura przetrząsała biurko w poszukiwaniu właściwego dokumentu. Błękitna poświata monitorów barwiła na fioletowo jej czerwone paznokcie.
– Czy chcesz, żebym zapalił światło?
– Tak, proszę – odpowiedziała, nie podnosząc wzroku.
Bennett sięgnął w kierunku przełącznika, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Wędrująca kamera zatrzymała się na moment w jednym z pokoi pacjentów. Dwie ciemne postacie zarysowały się w otwartych drzwiach, jedna drobna, druga nieprawdopodobnie wysoka.
– Kto to? – skrzywił się Bennett. Obraz przeskoczył do następnego pokoju. – Szybko, cofnij to.
Laura przełączyła system na sterowanie ręczne i przeszukała pokoje jeden po drugim, aż odnalazła dwóch ludzi.
– To pokój pana Weissmana – powiedziała niskim, niepewnym głosem.
Dwie postacie stały teraz po obu stronach łóżka, patrząc z góry na śpiącego pacjenta. Nawet na ekranie monitora wydawał się on wątły i wychudzony, ze zwiotczałą skórą i policzkami zapadniętymi ze starości. Spod pościeli wynurzały się różne kable i rurki, prowadzące do kroplówki i monitora pracy serca.
– Cóż oni, do diabła, wyprawiają? – Zdziwienie Bennetta ustąpiło miejsca irytacji. – Tu nie można tak po prostu sobie wejść, kiedy tylko ma się na to ochotę. Ludzie myślą, że od czego są godziny odwiedzin? Wzywam ochronę.
Gdy Bennett sięgnął po słuchawkę, wysoki mężczyzna po lewej wyrwał poduszkę spod głowy śpiącego. Ten obudził się natychmiast, jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia, a później, gdy mrugając, spojrzał na majaczące nad nim sylwetki dwóch mężczyzn, ze strachu. Otworzył usta, ale dźwięk, który starał się wydać, został zdławiony gwałtownie przyciśniętą do jego twarzy poduszką. Zaczął się szamotać słabo i bezradnie jak ryba, która wyskoczyła z akwarium.
– Jezu Chryste – wyszeptał Bennett zduszonym głosem. Biały plastik ślizgał się w jego spoconej dłoni, gdy podnosił do ucha słuchawkę. Nie usłyszał w niej sygnału. Kilkakrotnie uderzył w widełki, po czym spojrzał w oczy Laury. – Nie działa.
Na ekranie wysoki mężczyzna skinął głową w kierunku swojego towarzysza, który położył na łóżku czarną torbę i sięgnął do jej wnętrza. W przyćmionym świetle błysnęły zęby narzędzia, w którym Bennett natychmiast rozpoznał piłę chirurgiczną. Mężczyzna sprawnie podwinął lewy rękaw piżamy pacjenta i oparł ostrze o jego ramię tuż poniżej łokcia. Ten próbował wyszarpnąć rękę, lecz bezskutecznie – wątłe siły, jakie mu pozostały, najwyraźniej opuszczały go szybko w mocnym chwycie napastnika.
Bennett spojrzał na Laurę. Opierała się plecami o drzwi, zakrywając usta dłonią i wbijając wzrok w monitor.
– Cicho – jego głos był słaby i zdławiony. – Wszystko będzie dobrze, jeśli tylko nie dowiedzą się, że tu jesteśmy. Po prostu zachowaj spokój.
Piła bez wysiłku przecięła skórę i mięśnie, zanim po kilku ruchach trafiła na kość. Rozcięta arteria bluznęła ciemną czerwienią. W ciągu kilku minut ręka została profesjonalnie amputowana w łokciu, a kikut bryzgnął krwią. Szarpanina ustała gwałtownie.
Mężczyzna szybko wytarł piłę o pościel, po czym włożył ją z powrotem do torby. Wkrótce dołączyła do niej odcięta ręka, starannie zawinięta w ręcznik zdjęty z oparcia łóżka. Twarz ofiary wciąż zasłaniała poduszka, a pościel pętała jego nogi jak sznur, tam gdzie zaplątał się w nią, kopiąc. Na monitorze pracy serca widać było jedynie płaską linię. W pustej dyżurce pielęgniarek na końcu korytarza odezwał się spóźniony alarm.
Dwaj mężczyźni wycofali się powoli w kierunku wyjścia, starając się niczego nie dotknąć. Niemal już zamykając drzwi, ten wysoki spojrzał nagle w przeciwległy kąt pokoju, prosto w obiektyw kamery, prosto w oczy Bennetta. Uśmiechnął się.
– O mój Boże – westchnął Bennett, z wolna uświadamiając sobie grozę sytuacji. – Idą po taśmy.
Gwałtownie odwrócił głowę w kierunku drugiego monitora. Szczupły mężczyzna szedł korytarzem w ich kierunku, w jego ręce lśniło ostrze noża.
Laura zaczęła krzyczeć rozpaczliwym, zdławionym głosem, coraz głośniejszym w miarę jak sylwetka mężczyzny rosła na ekranie monitora.