Brama nie nastręczyła mojemu wytrychowi najmniejszych trudności. Dźwierze lekko skrzypnęły. Rozejrzałem się szybko. Nic. Wśliznąłem się do sieni i zamknąłem bramę od środka. Nie spodziewałem się, że zatrzyma Kettlera, lecz przynajmniej trochę go zajmie. Poza tym, gdybym ułatwił mu sprawę, mógłby nabrać podejrzeń. Wydobyłem latarkę, skrzesałem ognia i zapaliłem ją. Jak stało w zagadce i zgodnie z objaśnieniem Maćka, przeszedłem sień, a na podwórzu skręciłem w prawo. Znalazłem porta i po krótkiej manipulacji przy zamku solidnych, dębowych drzwi, zstąpiłem „do ziemi wątpi”. Jak dotąd szło jak z płatka, lecz nie łudziłem się. Jeszcze parę kroków, a niechybnie strop spadnie mi na głowę albo ja wpadnę do jakiejś dziury, albo zje mnie bazyliszek… W odwodzie zaś jest Kettler, a na nim mogłem polegać jak na Zawiszy. Jeśli z życiem wyjdę z tych lochów, będzie to traf graniczący z cudem.
Nawet gdybym chciał, nie mogłem się już wycofać. Nic przede mną nie było gorsze od tego, co czyhało z tyłu. Westchnąwszy, ruszyłem w drogę, pilnie szukając krzyża powyżej poziomu oczu. Początkowo sklepy były wysokie i przestronne. Bez najmniejszej trudności minąłem dwie czy trzy takie piwnice, po czym znalazłem się w hali niemal tak ogromnej jak kościelna nawa, ze sklepieniem podobnym do kolebki lub beczki. To na tej piwnicy zapewne zależało Stessiemu, gdy kupował kamienicę. Upewniłem się w tym, wchodząc do następnego pomieszczenia. Było mniejsze, lecz wyższe, miało lśniące od sadzy ściany i wiodący w górę kanał, do którego na upartego mógłbym się wcisnąć. Nagle olśniło mnie, że stoję pośrodku ogromnego pieca z kominem! To tutaj z pewnością Włoch chce wypalać swoją farfurę, a sąsiednia piwnica ma
mu posłużyć za skład gotowych naczyń.
Tu droga się kończyła. Oceniłem, że jestem mniej więcej na przecce obu kamienic należących niegdyś do Twardowskiego. Pracownia mistrza powinna znajdować się pod narożnym Christophoros. Ale jak tam się dostać? Nie było żadnych drzwi ani przejścia, tylko wnęka. Daremnie szukałem znaku krzyża, za to nad wnęką zobaczyłem dwa nachodzące na siebie koła.
Coś mi to przypomniało. Sięgnąłem po kartkę, swego czasu zapisaną przez ojca Rocha znakami templariuszy, którą przezornie zabrałem ze sobą. Nie omyliłem się – ten znak powiadał: „idź prosto”. Uznałem to za przedni żart, ale z braku innych możliwości przyjrzałem się wnęce. Wyjąłem sztylet zza pasa i ostukałem ścianę niszy. Nic. Naparłem na nią ramieniem. Obróciła
się na osi i po chwili znalazłem się po drugiej stronie, a pozorna ściana wróciła do poprzedniego położenia.
Nie przypuszczałem, by ta przeszkoda zatrzymała Kettlera dłużej niż mnie. Zasada pierwsza – jeśli chcesz przeżyć, nie lekceważ przeciwnika. Loch za ukrytym wejściem okazał się ciasny i dość niski, poza tym wnet się rozdwoił. Nad jedną z odnóg znalazłem wydrapany znak krzyża i tam skręciłem.
Do tej pory mogłem iść prawie wyprostowany, więc kiedy musiałem pochylić się mocno po raz pierwszy, byłem bardzo ostrożny i uważnie patrzyłem pod nogi, szczególnie przed przejściem do następnej piwnicy. W rzeczy samej, była tam, na wysokości łydek, nić. Cienka, lecz mocna, jedwabna. Uniosłem latarnię i spojrzałem w górę. Mechanizm był prosty i działał jak brona w bramie. Przerwanie nici powodowało opadnięcie osadzonej w murze stalowej płyty z zaostrzoną krawędzią. Cięła jak topór kata. Miałem odrobinę nadziei, że wracając, natknę się tu na równo odciętą głowę Kettlera szczerzącą ku mnie zęby i będę mógł się uśmiechnąć w odpowiedzi, ale tak naprawdę nie liczyłem aż na takie szczęście. Zasada wtóra – umiesz rachować, rachuj na siebie. Na razie znalazłem zakrwawioną niewieścią ciżmę i pojąłem, że to tu kucharkę Hankę spotkało nieszczęście. Ale jakim sposobem dotarła aż tutaj? Pewnie ten, kto wszedł przed nią do lochu, zapobiegliwie zablokował ruchomą ścianę i zostawił ją w otwartym położeniu. Dopiero potem zasunął przełaz z powrotem. Ta pułapka też została zastawiona na nowo – nić była czysta i nowa. A więc nie mogłem liczyć, że któraś z pułapek zatrzyma Kettlera, skoro on poznał je lepiej ode mnie, a niektóre sam na nowo nastawił. Niemal czułem jego rozterkę – z jednej strony chciał, abym go doprowadził do ukrytych skarbów, więc chętnie usunąłby mi spod stóp wszelkie przeszkody, z drugiej zaś musiał wszystko urządzić tak, jak to ostawił Twardowski, abym nie nabrał większych podejrzeń, niż miałem. Zaufał mojej bystrości i nie wziąłem mu tego za złe.
Dwie lub trzy piwnice dalej natknąłem się na taką samą pułapkę. A potem korytarz znów obniżył się i rozdwoił. Tym razem próżno wypatrywałem krzyżyka wytyczającego trakt. Za to nisko, może łokieć nad ziemią, zobaczyłem inszy znak – jakby przekreśloną na ukos literę S. Tym razem nie musiałem zaglądać do kartki, zapamiętałem to signum. Powiadało: „skręć w lewo”. Ergo skręciłem, dochodząc zwężającym się korytarzem do kolejnych masywnych drzwi, przed którymi leżała duża kamienna płyta zachęcająca do wstąpienia na nią. Dlatego nie uczyniłem tego. Znalazłem pod murem dużą cegłę i położyłem ją na skraju płyty. Natychmiast obróciła się na trzpieniu umieszczonym pośrodku i cegła wpadła w otchłań pod spodem. Po długiej chwili usłyszałem plusk, a w tym samym czasie idealnie wyważona płyta wróciła do pierwotnego położenia, ja zaś uczyniłem wielki krok i pchnąłem drzwi, których nie zamknięto na klucz. Widocznie mistrz Twardowski nie przypuszczał, by ktoś niepowołany dotarł aż tutaj. Przez otwarte drzwi wtargnął do tej partii lochów strumień świeżego powietrza, który ustał nagle, gdy zamknąłem przełaz.