Strona główna
Skontaktuj się z nami
Mapa serwisu





Newsletter
Jeśli chcesz dostawać informacje o książkach Wydawnictwa Otwartego, podaj swoje imię
i adres e-mailowy






Zapisz Wypisz



Odwiedź stronę Wirtualnej Polski
Odwiedź stronę Wydawnictwa Znak

Fragmenty

okładka książki

O książce
O autorze


Martyna Wojciechowska
Przesunąć horyzont

Warunki panujące dookoła są potworne. Nasz namiot szarpią podmuchy wiatru, a ja nie jestem w stanie nawet wystawić ręki na zewnątrz, by nabrać choć trochę śniegu do menażki, bo po chwili wszystko w namiocie jest pokryte warstwą śnieżnego puchu, a miliony lodowych drobinek krążą w świetle naszych czołówek... [...]
Leżymy zagrzebani w śpiworach i zastanawiamy się, co dalej. Moim zdaniem nie jest to pogoda na atak szczytowy. Sądzę, że nic z tego nie będzie. O dwudziestej trzeciej Szerpowie odzywają się do mnie przez radio: „Didi, it’s time to go”. Odpowiadam: „Chłopaki, niemożliwe, z pogodą jest tragedia”. W tym momencie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko ucicha. Wtedy tak naprawdę zdaję sobie sprawę, że nie ma już odwrotu... Trudno to wytłumaczyć, ale kiedy człowiek tak długo o czymś myśli, tak bardzo czegoś pragnie i jest w zasadzie o krok od realizacji swojego marzenia, nagle okazuje się, że zwyczajnie boi się przegranej. Nagle gorączkowo szuka sobie powodu, by jednak nie wyruszyć... Tak jakby bał się ostatecznego sprawdzianu.
Jestem bardzo zdenerwowana przed wyjściem, choć zazwyczaj w takich sytuacjach wykazuję się myśleniem analitycznym i opanowaniem. Nie mamy ugotowanej odpowiedniej ilości herbaty, robię się coraz bardziej nerwowa. Szczególnie że mamy być w kontakcie z Wojtkiem, a ktoś gada na częstotliwości 146,10 MHz.
– Czy mogą zejść z naszej częstotliwości?! Idź do tych Amerykanów i kopnij ich w tyłki! – krzyczę do Wojtka, który i tak mnie pewnie nie słyszy, bo są zakłócenia na linii.
Darek patrzy zdumiony, co się ze mną dzieje. Do tej pory rozumieliśmy się bez słów, a ja nagle zwariowałam i tracę nad sobą kontrolę... Wreszcie mówię sobie: „Marysiu, stop! Jedyne, co może ci pomóc, to marsz. W marszu możesz się uspokoić”. Ruszam do góry, początkowo z Tomkiem, potem go wyprzedzam i idę sama.
Idę nieprzerwanie, aż do momentu, kiedy czuję, że mam zalodzoną maskę i nie mogę oddychać. Chcę wziąć wdech i już nie mogę. Zatrzymuję się, próbuję odlodzić maskę. Najpierw dłubię w niej długopisem, który mam przypadkowo w kieszeni kombinezonu. Myślę gorączkowo: „Boże, nie wejdę na tę Górę przez idiotyczną maskę”. Temperatura –30o, ale nie czuję zimna. Przez cały czas oddycham rozrzedzonym powietrzem; wiem, że przy mojej aklimatyzacji nie mam szans długo wytrzymać bez dodatkowego tlenu. Gdyby normalnego człowieka zabrać z powierzchni morza i postawić na szczycie Everestu, miałby szansę przeżyć około trzech minut. Potem udusiłby się. Przy liczbie czerwonych ciałek, które „wyprodukowałam” podczas aklimatyzacji, z pewnością miałam więcej czasu, ale na atak szczytowy – żadnych szans. Przypominam sobie, że mam w plecaku nóż. Walczę z maską pół godziny, a kiedy się wreszcie udaje, ruszam do góry. Dogania mnie i wyprzedza Janusz. [...]
Dokładnie o trzeciej w nocy słyszę przez radio strzępki komunikatu Jury, który próbuje krzyczeć przez wiatr:
– Tu Jura, tu Jura. Musimy schodzić. Ewakuacja!
Zaczęło błyskać nad szczytami, jakby ktoś odpalał sztuczne ognie. Nie słychać grzmotów, ale aż w trzech miejscach niebo rozdzierają błyskawice.
Dochodzą do mnie Tomek i Ang Dorjee.
– Słyszałam przez radio Jurę. Zawrócił do namiotu! Ostrzega, że burza, choć jest jeszcze daleko, z pewnością dojdzie w ciągu kilku godzin nad Everest – relacjonuję to, co usłyszałam.
– Nie dojdzie – Ang Dorjee wzruszył tylko ramionami. – Za daleko...
Komu zaufać? Kto ma rację? A jeśli nie doceniamy tych zmian pogodowych? A jeżeli będzie tak samo jak w 1996 roku, kiedy wszyscy zbagatelizowali nadchodzącą burzę i w nawałnicy zginęło dwanaście osób?
Nie potrafię zawrócić. Jest zbyt blisko do szczytu, żeby stać mnie było na podjęcie takiej decyzji...

Dopiero potem okazało się, że Jura jednak nie zawrócił do namiotu. Może zorientował się, że kontynuujemy marsz do góry, a może sam doszedł do wniosku, że burza minie nas bokiem? Chwycił butle z tlenem i ruszył z nami w kierunku szczytu.

Wdrapuję się na „Balcony”, miejsce, które jest uważane za połowę drogi z Przełęczy Południowej na szczyt Everestu. Zaczyna wschodzić słońce. Najpierw niebo pęka i pojawia się jaśniejsza łuna, potem rozlewa się kolor fioletowopurpurowy, a za chwilę wyłania się wielka pomarańcza. Słońce najpierw oświetla Makalu, potem pozostałe szczyty widoczne z „Balcony”. To niezwykłe doznanie. Czuję przez skórę, że mi się uda. Jak na złość chce mi się siusiu. Myślę: „Boże, dlaczego nie mam ptaszka?”. Próbuję coś zrobić z kombinezonem, ale przy tylu warstwach ubrania rozebranie się, nawet częściowe nie jest łatwe... Zaczynam walczyć z suwakiem, naciągać bieliznę, miotać się z zapięciami... Orientuję się, że... właśnie zaczął się trudny okres w życiu każdej kobiety... „Nie, nie, nie – myślę – po prostu nie wierzę w to! Nie wierzę, że to się stało właśnie teraz!” Zupełnie nie jestem na to przygotowana – ani sprzętowo, ani psychicznie. Brzuch zaczyna mnie boleć już na samą myśl. Cholera! Choćbym miesiącami wyliczała sobie, kiedy nastąpi ten moment i usiłowała go przesunąć tak, by to nie wypadło w dniu ataku szczytowego, kiedy muszę mieć najlepszą formę, to i tak by mi nie wyszło! Przy takiej zmianie klimatu organizm kobiety jest zupełnie rozregulowany.
W końcu „wyprodukowałam” podpaskę z chusteczek higienicznych, bardziej dla dobrego samopoczucia niż autentycznej higieny, i po chwili ruszyłam w stronę Wierzchołka Południowego.
Robię kolejne kroki i czuję, że mi się uda. Jestem taka szczęśliwa, czuję, że mam skok formy. Ból i cierpienie podczas treningu i aklimatyzacji zaowocowały tym, że teraz odczuwam niekłamaną radość z ataku szczytowego w dobrej kondycji. Mam niemal przeświadczenie, że będzie dobrze. Wierzchołek Południowy (8765 m n.p.m.) jest najbardziej zdradliwym miejscem, bo człowiek ma wrażenie, że to już... Wdrapuję się na górę, zostawiamy butle tlenowe, które zbierzemy podczas zejścia, i dopiero widzę, jak długa droga jeszcze przede mną. Jeszcze długo w dół i potem – kolejne podejście... Skrzydła mi opadają – kawał drogi do pokonania, ale drobię kroczki i idę dalej. Znów rosną mi skrzydła, kiedy udaje mi się powolutku wyprzedzić sporą część stawki, mijam ludzi, którzy niemal umierają, są wycieńczeni tak bardzo, że zastanawiam się, co sprawia, że ja czuję się dobrze? Myślę, że prawdziwa siła nie drzemie w mięśniach, choć trudno nie docenić włożonej przez nas pracy i niezłej aklimatyzacji. Wiem jednak, że największa potęga drzemie w głowie, w psychice, która pozwala zmobilizować organizm do wielkiego wysiłku i wykrzesać z siebie więcej energii, niż mogłabym przypuszczać, że posiadam. Czasami stać nas na znacznie więcej, niż się nam wydaje.

Scena, którą zapamiętałam: hiszpański wspinacz siedzi z plecakiem oparty o skałę. Szerpa poprawia mu czapkę, wyciera nos. Pomyślałam: „O Boże, jak to dobrze, że mi nikt nie musi wycierać nosa”. On coś do niego bełkoce, po czym prosi o radio. Przez to radio nadaje do Bazy, żeby Szerpa odkręcił mu tlen na cztery litry. I Baza do Szerpy po szerpijsku mówi, żeby on mu odkręcił ten tlen. Patrzę na tę scenę zdumiona, bo jak ja chcę mieć przepływ tlenu – cztery litry, to ściągam sobie plecak, odkręcam i zakładam plecak z powrotem... Szerpa poprawił mu jeszcze raki, maskę, czapkę. Patrzyłam na to i nie wierzyłam, że tacy ludzie też wchodzą na Everest. I co nimi kieruje? Czy gdybym ja była w takim stanie, to też pchałabym się dalej do góry? Czy dałabym radę doczołgać się na szczyt? Minęłam takich ludzi więcej – wycieńczonych, rozczarowanych, załamanych, pokonanych przez Górę albo zmagających się z Nią tak ciężko. Zastanawiałam się, skąd brała się ich motywacja, bo musiała być naprawdę wielka, jeśli byli w stanie to znosić!

Mój dziennik z Everestu

[...]
Powoli dochodzę do szczytu i widzę, że nie ma Darka, który w tym czasie walczy z zalodzoną maską. Siadam jeszcze przed szczytem i przyglądam się górom dookoła. A więc to już? Naprawdę? Tyle razy widziałam tę Górę w albumach. Tyle razy śniła mi się po nocach... Czuję, że motyle w brzuchu zaczynają rozkładać skrzydła i nieśmiało nimi trzepotać... Uczucie ciepła rozlewa mi się w całym ciele. Powoli dociera do mnie myśl, że... zdobyłam Mount Everest. Weszłam na najwyższą górę świata! Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że to nie ma żadnego znaczenia, że jedyne, co jest ważne, to Droga. Nie tylko droga na Everest, ale cała droga, którą pokonujesz w sobie, wewnętrzna motywacja, a potem cała przemiana, jaka się w tobie dokonuje. Wszystko, co najważniejsze – stało się już wcześniej... Do szczytu zostało mi piętnaście kroków.





do góry

Polityka prywatności     Copyright © by Wydawnictwo Otwarte 2007

Wykonanie strony: Indecity