O książce
O autorze
Ostatni papież
Dlaczego człowiek tak biegnie? Jaka pcha go siła? W praktyce wygląda to tak, że jedna noga oddala się od drugiej, prawa podąża za lewą. Ludźmi kierują różne pobudki. Jednych zmusza do ruchu pragnienie chwały, innych chęć zgubienia paru zbędnych kilogramów. To bez znaczenia, wszelkie powody można sprowadzić do jednego - wszyscy biegną po życie, nic innego się nie liczy.
Nic też innego nie kieruje mężczyzną, który w samym środku nocy zbiega w pośpiechu po obszernych schodach Tajnych Archiwów Watykanu. Czarna sutanna rozpływa się w skąpym oświetleniu miejsca, którego istnienie wcale nie jest okryte tajemnicą. Swoją nazwę zawdzięcza ono temu, że przechowuje się tu poufne dokumenty. Dostęp do nich ma w zasadzie tylko głowa Kościoła katolickiego lub osoba przez nią upoważniona. W trzech ogromnych salach paulińskich i przyległych budynkach na tyłach Pałacu Apostolskiego przechowuje się dokumenty o istotnym znaczeniu dla historii tego małego państewka i całego świata. Urzędnicy watykańscy zwykli mawiać, że każdy badacz może się z nimi zapoznać - z tym tylko zastrzeżeniem, że chodzi o dokumenty sporządzone do roku 1939 lub związane z II Soborem Watykańskim - ale tak w Rzymie, jak i wszędzie na świecie wiadomo, że nie wszystkich się wpuszcza do archiwów, a ci, którzy się do nich dostaną, nie wszystko mogą zobaczyć. Osiemdziesiąt pięć kilometrów watykańskich regałów skrywa wiele tajemnych zakrętów.
Duchowny przemierza sekretną drogę. W dłoni trzyma pożółkłe ze starości kartki papieru. Prawdopodobnie to one są przyczyną pośpiechu księdza. Jest wyraźnie zaniepokojony dźwiękiem towarzyszącym odgłosom jego kroków. Skąd dobiega? Pytania przelatują mu przez głowę. Zatrzymuje się, rozgląda, nadstawia uszu, ale słyszy tylko przyśpieszony rytm swego oddechu. Po czole spływa mu pot. Biegnie do swojego mieszkania w mieście, czy raczej w państwie, bo tym Watykan w rzeczywistości jest, z wszystkimi swoimi zasadami, prawami, ze swoim credo i własnym systemem politycznym.
Mężczyzna ów to monsignore Firenzi. Przy słabym świetle stojącej na biurku lampy kreśli swoje nazwisko - kilka niechlujnych kresek na wielkiej kopercie, do której przed nalepieniem znaczka wkłada trzymane przed chwilą w dłoni kartki. Nazwisko adresata trudno odczytać, gdyż oświetlenie jest mizerne, a duchowny nachyla się nad papierem, zasłaniając go.
Pot napływający do oczu utrudnia mu rozpoznanie własnego pisma. Po wykonaniu zadania Firenzi opuszcza pokój.
Dokąd monsignore udaje się w takim pośpiechu o tak późnej porze? Dzwon Bazyliki Świętego Piotra wybija właśnie pierwszą. Kiedy już wybrzmiewa, cisza na powrót przejmuje panowanie nad nocą. Jest zimno, ale sługa boży zdaje się tego nie zauważać. Nie przestaje biec i szybko wydostaje się na zewnątrz, na korytarze prowadzące na plac Świętego Piotra, eliptyczny cud Berniniego, pełen chrześcijańskiej i pogańskiej symboliki. Jakiś dźwięk ponownie uderza w uszy monsignore. Duchowny przystaje. Zimny pot spływa mu po plecach, kiedy ciężko dysząc, z trudem próbuje złapać oddech. Nie ma wątpliwości, to odgłos kroków. Może gwardzista szwajcarski odbywa nocny obchód. W każdym razie monsignore Firenzi przyśpiesza. Dokąd zmierza - nie wiadomo. Jego dłoń mocno zaciska się na kopercie. Gdyby ta noc była zwyczajna, spałby teraz we własnym łóżku. O tym, że jest inaczej, świadczy niepokój malujący się na jego twarzy. Firenzi chroni kopertę, przyciskając ją mocno do siebie. Kiedy dociera na środek placu, spogląda do tyłu. W oddali dostrzega cień; to nie gwardzista, przynajmniej nie w swym charakterystycznym stroju, chyba że jest po służbie. Obcy nie przyśpiesza, w odróżnieniu od monsignore Firenziego, który teraz już prawie biegnie. Postać kroczy naprzód równo i rytmicznie. Duchowny zaczyna pędzić przed siebie i znów się ogląda. Gdyby ktoś mógł go teraz zobaczyć, pomyślałby, że coś z nim nie w porządku, ale nikt nie spaceruje tutaj o tak późnej porze - tylko on i ten cień. Jeden kroczy, drugi biegnie. Wydaje się, że nie istnieje między nimi żaden związek, lecz czy można mieć co do tego pewność?
Jego Eminencja opuszcza plac i kieruje się w stronę Via della Conciliazione. Rzym śpi snem sprawiedliwych i niesprawiedliwych, prawych i złoczyńców, biednych i bogatych, grzeszników i świętych. Monsignore zwalnia nieco, idzie teraz szybkim krokiem; ciemna sylwetka podąża w ślad za nim i zdaje się, że jest coraz bliżej. W jej dłoni nagle rozbłyska światło. Firenzi dostrzega je i ponownie zaczyna biec tak szybko, jak tylko pozwala mu wiek i stan zdrowia. Biegnij, Eminencjo, po życie, od tego zależy, czy je zachowasz, czy umrzesz. W uszach Firenziego wybucha stłumiony huk. Duchowny traci równowagę i opiera się o pierwszą rzecz, którą napotyka na swej drodze. Wszystko trwa ułamek sekundy, głuchy dźwięk cichnie, potem już nic nie słychać. Cień jest jeszcze w pewnej odległości, lecz ona z każdą chwilą maleje. Firenziego przeszywa dotkliwy, promieniujący ku żebrom ból. Monsignore sięga ręką do ramienia. Krew. Krew nowego i wiecznego przymierza między życiem i śmiercią. Znowu słychać kroki, cień jest tuż-tuż, ból staje się coraz bardziej dotkliwy.
- Monsignore Firenzi, per favore.
- Czego ode mnie chcecie?
- Ciebie. - Tajemniczy prześladowca wyjmuje telefon komórkowy i mówi w obcym języku, przypominającym któryś ze wschodnioeuropejskich. Monsignore Firenzi zauważa na jego nadgarstku tatuaż przedstawiający węża. Kilka sekund później obok dwóch mężczyzn zatrzymuje się czarny samochód; przyciemniane szyby nie pozwalają dostrzec, czy w środku jest jeszcze ktoś poza kierowcą. Napastnik wciąga osłabłego kapłana do samochodu, delikatnie i bez widocznego wysiłku. - Niech się ksiądz nie martwi. Nie umrze ksiądz.
Przed wejściem do samochodu mężczyzna wyciera skrzynkę pocztową, o którą oparł się Firenzi, po tym jak strzał dosięgnął jego ramienia. Monsignore nie spuszcza z niego wzroku.
Ból przeszywa jego ciało. „A więc to się czuje, gdy się dostanie kulę” - myśli. Mężczyzna ciągle jeszcze zaciera ślady tego, co zdarzyło się tu parę sekund wcześniej. „Cóż za ironia losu, zmywać ślady, cóż za ironia!”. Ból przenika go na wskroś. I w tej właśnie chwili Firenzi myśli o domu, a na usta cisną mu się portugalskie słowa:
- Niech mi Bóg wybaczy.
Mężczyzna szybko wsiada do auta. Ruszają, ani za wolno, ani za szybko, tak by nie wzbudzać podejrzeń. To profesjonaliści. Na ulicy znowu panuje spokój, wszystko jest w największym porządku. Na skrzynce, o którą wsparł się monsignore Firenzi i do której w cudowny sposób udało mu się wrzucić kopertę, nim prześladowca zdążył się zorientować, nie pozostał najmniejszy ślad.