Strona główna
Skontaktuj się z nami
Mapa serwisu





Newsletter
Jeśli chcesz dostawać informacje o książkach Wydawnictwa Otwartego, podaj swoje imię
i adres e-mailowy






Zapisz Wypisz



Odwiedź stronę Wirtualnej Polski
Odwiedź stronę Wydawnictwa Znak

Fragmenty

okładka książki

O książce
O autorze



Z archiwum Jerzego Jachowicza

Dziecięcy wózek

To nawet nie był klasyczny napad na bank, choć chodziło o wielką gotówkę wynoszoną z banku, ale na pewno zapisał się trwale w policyjnych kronikach. Jest jesień 1995 roku. Jeden z bandytów warszawskiego gangu „Rympałka” Krzysztof Burak, pseudonim „Ziomal”, najpewniej od kogoś z pracowników banku przy ulicy Puławskiej w Warszawie dostaje cynk, że raz w tygodniu, z dokładnością zegarka zaraz po otwarciu kas, zawsze w czwartki, zjawia się gość, który bierze z banku nie mniej niż 100 tysięcy złotych, ale zdarza się, że wychodzi i z 300 tysiącami. Jest przedsiębiorcą. Na jego konto spływają przelewami pieniądze. On bierze żywą gotówkę. Pakuje ją do małego plecaka i wychodzi. Zawsze jest sam. Przed bankiem też nie ma żadnej obstawy. Po tej informacji bandyci przejmują obserwację. Po kilku tygodniach są gotowi. W ostatni czwartek października na Puławskiej wzdłuż banku spaceruje postawny, elegancko ubrany czterdziestolatek, popychając przed sobą wózek z dzieckiem. Kiedy z banku wychodzi przedsiębiorca, spacerujący mężczyzna wyciąga spod kołdry wózka kałasznikowa. Przedsiębiorca oddaje plecak, a w nim ćwierć miliona złotych. „Ziomal”, bo to on udawał troskliwego ojca, mówi do przedsiębiorcy, żeby się nie ruszał przez dziesięć minut, bo ma go na muszce jego kolega. Karabin maszynowy i plecak chowa do wózka i szybkim krokiem, asekurowany przez wspólnika, skręca w boczną uliczkę. Tam w seacie cordoba z zapalonym silnikiem czeka trzeci kompan.
Podczas pakowania wózka do bagażnika silnik nagle gaśnie. Wysiłki kierowcy, by z powrotem zapalił, nic nie dają. „Ziomal” i drugi pasażer wyskakują z auta i zaczynają go pchać. Przypadkowy przechodzień z własnej inicjatywy dołącza do gangsterów i pcha co sił. Wreszcie motor się odzywa. Gangsterzy uciekają. Co było dalej? Wszyscy zostali złapani w 1996 roku i osądzeni dwa lata później w procesie „Rympałka”. Wraz z pozostałymi członkami gangu wpadł również „Ziomal” i wtedy dostał osiem lat za całokształt działalności.



„Pershing” i atak rakietowy na „Dziada”


Ciepłe wrześniowe popołudnie 1994 roku. Pod bramę jednostki wojskowej na Bemowie, w której mieści się też Wojskowa Akademia Techniczna, podjeżdżają trzy luksusowe samochody. Kierowca pierwszego mówi do stojącego na straży żołnierza:
– Proszę zadzwonić do pułkownika W. Czeka na nas.
Po kilku minutach strażnik podnosi szlaban i tłumaczy, jak samochody mają dojechać na strzelnicę. Na małym parkingu przy strzelnicy z samochodów wysiadają znani gangsterzy pruszkowscy – Andrzej Kolikowski, pseudonim „Pershing”, Wojciech Kiełbiński – „Kiełbasa”, Jarosław Sokołowski – „Masa” oraz Paweł Miller – „Małolat”.
Strzelnicę WAT znali dobrze, bo tu uczyli się strzelać z kałasznikowa. Najpierw do tarczy, a później do ruchomych makiet. Instruktorem, czy jak kto woli nauczycielem, był właśnie pułkownik z tej jednostki Hieronim W., którego od dawna mieli w kieszeni. Potrafili za jeden trening na strzelnicy zostawić pułkownikowi pięć tysięcy dolarów. Czy można się dziwić, że w tym czasie, kiedy oni podnosili swoje kwalifikacje strzelców, żołnierze ze służby zasadniczej smażyli dla nich na grillu kiełbaski?
Teraz jednak doborową czwórkę ściągnęła tu o wiele poważniejsza sprawa. Chodziło o przeprowadzenie planowanej od kilku tygodni akcji zbrojnej przeciwko „Dziadowi”, czyli Henrykowi Niewiadomskiemu, domniemanemu szefowi mafii z Wołomina. „Dziad” mieszkał wtedy po drugiej stronie Wisły, w podwarszawskich Markach. Początkowo na „Dziada” uzbrojeni w bazooki mieli jechać tylko „Kiełbasa” i „Masa”. Ale strasznie na tę akcję napalił się „Pershing”, który miał najbardziej na pieńku z „Dziadem”. Był przekonany, że to „Dziad” stał za zamachem na niego na torach wyścigów konnych na Służewcu. Podłożono wtedy ładunek wybuchowy pod mercedesa „Pershinga”. Przypadek zdecydował, że „Pershing” wyszedł z tego cało. [...] Toteż teraz, na strzelnicy wojskowej, kiedy pułkownik uczył gangsterów ładowania i strzelania, „Pershing” pałał chęcią zemsty.
– Muszę załatwić tego s... – mruczał pod nosem. – Muszę.
W tej sytuacji nie było mowy, żeby „Pershing” nie pojechał do Marek. I to w roli pierwszego snajpera. Kłopot tylko w tym, że pułkownik kazał żołnierzowi przynieść broń, którą cała czwórka zobaczyła pierwszy raz w życiu. Coś o niej kiedyś słyszeli – piąte przez dziesiąte. Ale teraz mieli z niej strzelać.

[...] Tego samego dnia wieczorem na akcję do Marek pojechali „Pershing” i „Małolat”. Było już bardzo ciemno, kiedy zaczaili się w pobliżu posesji „Dziada” i uzbroili pierwszą bazookę. „Małolat” odszedł daleko w bok, „Pershing” celował w pozycji klęczącej, trzymając broń na lewym ramieniu. Kiedy wystrzelił, „coś huknęło, coś trzasnęło i nic” – opowiadał później „Małolat”. Nikt do dziś nie wie, czy pocisk przeleciał nad domem, czy może bokiem. W każdym razie dom „Dziada” stał nadal nienaruszony i nikt z domowników nawet nie zorientował się, że przed chwilą groziło im poważne niebezpieczeństwo.
„Pershing” i „Małolat” byli zawiedzeni, ale nadal gotowi do wymierzenia sprawiedliwości. Załadowali drugą bazookę. Nie zdążyli jednak z niej wystrzelić. Ktoś nadjechał samochodem i zatrzymał się niedaleko miejsca, w którym się ukryli. Słyszeli jakieś męskie głosy, choć nie rozumieli, o czym tamci rozmawiają. Nie chcieli ryzykować. Odpowiadać za pierwszy strzał albo za nielegalne posiadanie broni. I to jakiej. Po cichu wycofali się więc ze strzelniczego stanowiska, a potem z Marek. Zanim przejechali na zachodni brzeg Wisły, pozbyli się rakiety. Następnego dnia rano policjanci patrolujący park Skaryszewski znaleźli porzuconą w krzakach, gotową do strzału bazookę. Nie można było nawet rozpocząć badań, w czyich była rękach. Ktoś starł dokładnie wszystkie linie papilarne z broni. Była jak po sterylizacji.





do góry

Polityka prywatności     Copyright © by Wydawnictwo Otwarte 2007

Wykonanie strony: Indecity