Strona główna
Skontaktuj się z nami
Mapa serwisu





Newsletter
Jeśli chcesz dostawać informacje o książkach Wydawnictwa Otwartego, podaj swoje imię
i adres e-mailowy






Zapisz Wypisz



Odwiedź stronę Wirtualnej Polski
Odwiedź stronę Wydawnictwa Znak

Fragmenty

okładka książki

O książce
O autorze



Sto dni po ślubie (pocket)

Zdarzyło się to dokładnie sto dni po moim ślubie z Andym, niemal co do minuty sto dni po ceremonii, która zaczęła się o wpół do czwartej.

Uczucia kłębiły się we mnie, gdy bez tchu dotarłam na drugą stronę ulicy i znalazłam schronienie w świecącym pustkami barze przy Union Square. „Jakbym zobaczyła ducha”, przyszedł mi do głowy jeden z tych zwrotów, które słyszałam tysiące razy, jednak nigdy wcześniej nie zdawałam sobie w pełni sprawy z jego znaczenia. [...]

Kochałam Andy'ego za zrozumienie i zaufanie, jakimi mnie obdarzał. Kochałam za pogodny charakter, tak pasujący do jego blond włosów, niebieskich oczu i urody chłopca z sąsiedztwa. Czułam się szczęśliwa, bo byłam z facetem, który po czterech latach związku wciąż podnosił się z krzesła, gdy wracałam do stolika, i rysował urocze, choć nieudolne serduszka na zaparowanym lustrze w naszej łazience. A przede wszystkim Andy kochał mnie i nie wstydzę się powiedzieć, że był to najważniejszy z powodów, dla których byliśmy razem. [...]

Przypomniałam sobie także nasz lot na Hawaje następnego ranka – jak trzymaliśmy się za ręce, siedząc w kabinie pierwszej klasy, i śmialiśmy ze szczegółów, które poszły nie tak: „Czy kamerzysta naprawdę nie zrozumiał, co to znaczy:wtopić się w tło?”, „Czy już nie mogło bardziej lać w drodzena wesele?”, „A twój brat James chyba nigdy w życiu tak się nie upił”. Pomyślałam o naszym miodowym miesiącu, o spacerach w świetle zachodzącego słońca, kolacjach przy blasku świec, a także o jednym poranku, który szczególnie zapadł
mi w pamięć. Andy i ja wylegiwaliśmy się na Lumahai, opuszczonej plaży w kształcie półksiężyca na północnym brzegu wyspy Kauai. Otaczały nas miękki biały piasek i czarne
wulkaniczne skały sterczące z turkusowej wody; był to najbardziej zapierający dech w piersiach krajobraz, jaki kiedykolwiek widziałam. W pewnej chwili, gdy podziwiałam ten niezwykły widok, Andy odłożył książkę Stephena Ambrose’a na nasz wielki plażowy ręcznik, ujął moje dłonie w swoje i pocałował mnie. Oddałam mu pocałunek, zatrzymując ten moment w pamięci. Odgłosy fal rozbijających się o brzeg, chłodny powiew
morskiej bryzy, zapach cytryn zmieszany z kokosowym olejkiem do opalania. Powiedziałam mu wtedy, że nigdy w życiu nie byłam równie szczęśliwa. I była to prawda.
Ale to, co najlepsze, przyszło już po ślubie, po miesiącu miodowym, po tym jak rozpakowaliśmy prezenty w naszym małym mieszkanku na Murray Hill. Najlepsza okazała się nasza małżeńska codzienność. Zwyczajna, prosta i prawdziwa. Każdy poranek, gdy piliśmy kawę i rozmawialiśmy, szykując się do pracy. Jego imię pojawiające się co kilka godzin w mojej skrzynce odbiorczej. Wieczory, gdy grzebaliśmy w stercie ulotek, zastanawiając się, co zjemy na kolację, i obiecując sobie, że któregoś dnia w końcu użyjemy naszej nowej kuchenki. Najlepsze przychodziło z każdym masażem stóp, z każdym pocałunkiem, za każdym razem, gdy rozbieraliśmy się w ciemności. Trenowałam umysł w rejestrowaniu wszystkich tych momentów, które składały się na pierwsze sto dni naszego małżeństwa.
A jednak gdy Annie dolewała mi kawy, myślami byłam z powrotem na tamtym przejściu dla pieszych, a moje serce znów waliło jak szalone. Zdałam sobie nagle sprawę z tego, że choć szczęściem napawa mnie myśl o spędzeniu reszty życia
z Andym, nieprędko zapomnę o tej chwili, o moim ściś-niętym gardle, gdy znów ujrzałam j e g o... Mimo że tak bardzo chciałam o tym zapomnieć. Z mieszanymi uczuciami spojrzałam na swoje odbicie w lustrzanej ścianie. Nie powinno było mieć dla mnie znaczenia to, jak wyglądam, a tym bardziej nie powinnam poczuć wewnętrznego triumfu, gdy odkryłam, że pomimo całodziennego biegania w deszczu moje włosy prezentowały się wyjątkowo dobrze. Miałam również lekko zaróżowione policzki, ale powiedziałam sobie, że to z zimna. Tylko i wyłącznie. I wtedy właśnie zadzwonił mój telefon i usłyszałam jego głos. Po raz pierwszy od ośmiu lat i szesnastu dni.
– To naprawdę byłaś ty? – jego głos był głębszy, niż zapamiętałam,
ale pod każdym innym względem jakbym cofnęła się w czasie. Jakbyśmy kończyli rozmowę rozpoczętą zaledwie
parę godzin wcześniej.
– Tak – odpowiedziałam.
– A więc masz wciąż ten sam numer.
Następnie, po dłuższej chwili ciszy, przed której wypełnieniem
uparcie się wzbraniałam, dodał:
– Widocznie są rzeczy, które się nie zmieniają.
– Tak – potwierdziłam.
Choćbym nie wiem jak bardzo nie chciała tego przyznać, była to prawda.







do góry

Polityka prywatności     Copyright © by Wydawnictwo Otwarte 2007

Wykonanie strony: Indecity