Ogłaszamy wyniki konkursu na najlepsze opowiadanie o miłości rodem z filmowego romansu. Wygrała Pani Katarzyna Sawicka. Gratulujemy i zapraszamy do lektury zwycięskiego opowiadania.
***
Gdy tylko powiedział, z czym przyszedł, zrozumiałem, że to nie będzie zwykłe zlecenie. Dlaczego? Bo na powitanie się uśmiechnął. Znacie rogacza, który zwierza się ze swojego frajerstwa z uśmiechem na twarzy?
Wyłuskał papierosa i postukał nim w pudełko. Cienki strumień dymu nie był w stanie przesłonić jego oczu. Patrzyły prosto na mnie.
- Żona mnie zdradza. – zaczął bez ogródek. – Potrzebuję dowodów. Ma pan tydzień. Płacę podwójnie.
Zanim zdążyłem o cokolwiek spytać, zgniótł niedopałek w zagłębieniu przycisku do papieru i wyszedł rzucając na biurko zmiętą kopertę. Wchodzę w to, pomyślałem, przeliczając banknoty.
Podszedłem do okna i rozsunąłem żaluzje. Wyszedł z budynku pewnym krokiem. Już miałem się odwrócić, kiedy coś przykuło mój wzrok. Z okna czarnej limuzyny machało do niego niecierpliwie szczupłe ramię. Spojrzałem na zdjęcie dołączone do kasy. Jaka jest szansa, że ręka należała do bladej, pulchnej blondynki, pokrytej od stóp do głów piegami?
Godzinę biłem się z myślami. W końcu doszedłem do jedynych słusznych wniosków. Żaden pieniądz nie śmierdzi. Narzuciłem na ramiona prochowiec.
Namierzyłem go w pół godziny. Siedziała w kawiarni. Przed nią cafe latte i muffinka. W dłoniach kryminał. Nieświadoma tego, że ją obserwuję, przerzucała strony popijając kawę małymi łyczkami. Wszedłem.
Trzy godziny w plecy. Nikt do niej nie podszedł. Na koniec z żalem przechyliła pusty kubek, jak dziecko spodziewające się ostatniej, gęstej kropli kakao. Wyszła lekko zgarbiona, niepozorna do tego stopnia, że stojący w drzwiach ochroniarz drgnął przerażony muśnięciem jej szalika.
Kolejne dni ciągnęły się niemiłosiernie. Z nikim się nie spotykała, nikt jej nie odwiedzał. Tylko ta kawiarnia.
Był piątek. Jak co dzień stanąłem przed witryną kafejki, żeby rzucić na nią okiem. I nagle spojrzała na mnie. I w tej samej niemal chwili speszona spuściła oczy, jakbym stał tam nagi, machając połami płaszcza.
-Przepraszam. – zagadnąłem siadając przy niej z filiżanką. – Nie chciałem pani przestraszyć. – Patrzyła na mnie uważnie. Miała dziwne oczy. Nieco skośne, brązowe, o niewiarygodnie długich rzęsach. – Mogę?
Skinęła lekko głową i wróciła do książki. Znów kryminał. Przyglądałem jej się dyskretnie. Zwykle potrafiłem zakwalifikować obiekt już po pierwszej obserwacji. Tym razem czułem dziwny niepokój. Nieodpartą chęć czuwania przy niej jak anioł stróż, z kawą i wczorajszą gazetą w rękach.
Siedzieliśmy tak obok siebie kilka godzin. Patrzyłem jak ślini palce, by przewrócić stronę. W końcu wstała z przepraszającym uśmiechem. Kiwnąłem głową w jej stronę. Przerzuciła płaszcz przez ramię i wyszła stukając cicho płaskimi obcasami.
Nazajutrz scenariusz się powtórzył. Tym razem miałem własną książkę. Znów milczenie, nieme uśmiechy. Kolejnego dnia już na mnie czekała. Wiem, bo na sekundę zanim wszedłem w orbitę jej spojrzenia, dojrzałem jej rozbiegany wzrok. Potem rumieniec i szelest przewracanych stron.
W poniedziałek przyszedłem przed nią.
- Czy byłaby pani tak miła i zrobiła mi zdjęcie? – uśmiechnąłem się do barmanki. Blondynka z lekkim zezem zamrugała nerwowo. – Umówmy się, że gdy upuszczę filiżankę, pani naciśnie ten czerwony przycisk. – przesunąłem w jej stronę niewielki aparat i banknot. – A to za filiżankę i prawa autorskie do zdjęcia.
Dałem jej czas do namysłu. Jakieś dwie sekundy. Dziewczyna dobrze liczyła, bo po chwili energicznie pokiwała głową.
Kończyłem trzeci paragraf eseju o Kierkegaardzie, kiedy moja filiżanka zachybotała i runęła w wąską dzielącą nas szczelinę. Nie usłyszałem spustu migawki, za to w szybie odbił się błysk lampy. Dziewczyna się spisała.
*
- Myśli pan, że to wystarczy? – zmarszczył brwi patrząc na zdjęcie.– Skąd go pan wytrzasnął? -zastygł w bezruchu, po czym wybuchnął radosnym chichotem. – Powinienem dać panu premię.- cmoknął z uznaniem. – Całuje ją pan? Nie, żartuję, proszę nie odpowiadać. – W mgnieniu oka spoważniał. – Mam nadzieję, że nie będziemy musieli spotkać się w sądzie.
Nie musieliśmy. Od barmanki dowiedziałem się, że już nigdy nie przyszła do kawiarni.
Ja przychodzę codziennie. Siadam w tym samym miejscu. Podrywam się na wejście każdego klienta.
Wczoraj zobaczyłem go za szybą. Na mój widok podniósł do góry ramię, jakby mi salutował. Wyszeptał coś do ucha śniadej dziewczynie o wyblakłych oczach, uwieszonej jego łokcia. Obejrzeli się w moją stronę, roześmiani, a potem zamachali mi przyjaźnie. Ze wstydem spuściłem oczy.
Wciąż czekam.