Aktualności

Wisła w ogniu - fragment

Wisła w ogniu - fragment

Data dodania: 4.07.2021
PRZEDPREMIEROWY FRAGMENT KSIĄŻKI 

„Wisła w ogniu. Jak bandyci ukradli Wisłę Kraków” Szymon Jadczak


PREMIERA: 16.10.2019



 PIĘKNA PANI PIELĘGNIARKA 


Najbardziej skandaliczna umowa w historii Wisły Kraków została zawarta 1 października 2016 roku.
Widnieją na niej podpisy Marzeny S. i Roberta Sz., czyli ówczesnej prezes i ówczesnego wiceprezesa zarządu Wisły SA, oraz Anny M.-Z., w umowie występującej jako pośrednik. Pani Anna to prywatnie żona „Zielaka”. Mimo że od pewnego czasu mocno dba o swoją prywatność, wiemy o niej trochę. Znamy na przykład jej wymiary: wzrost 160 centymetrów, biust 80 centymetrów, pas 60 centymetrów, biodra
89 centymetrów, waga 48 kilogramów (a przynajmniej takimi chwaliła się zimą 2007 roku w „Playboyu”, w którym była gwiazdą rozkładówki). W sieci można znaleźć też jej romantyczne zdjęcia ze ślubu z Grzegorzem Z., czyli „Zielakiem” (obecni byli liczni reprezentanci środowisk kibolskich z całej Polski, a
uroczystość uważnie obserwowały służby, które chciały dowiedzieć się, kto jest w ścisłej czołówce Sharksów), oraz fotki w bieliźnie z sesji zrobionej, gdy była w zawansowanej ciąży.


Z wykształcenia Anna M.-Z. jest pielęgniarką, pracowała jako położna w najlepszej krakowskiej klinice, a
koledzy zapamiętali ją dobrze, bo pod szpital zdarzało jej się przyjeżdżać porsche. Do 2018 roku miała oficjalnie zarejestrowaną działalność gospodarczą – jako główną aktywność wpisała: „praktyka pielęgniarek i położnych”. Zapamiętali ją też bywalcy strefy VIP na stadionie Wisły, bo czasami przychodziła na mecze z mężem.


Po co Wisła Kraków podpisała w 2016 roku umowę z położną, żoną gangstera? Oficjalnie z umowy
wynika, że Anna M.-Z. odpowiadała za pośrednictwo transferowe (czyli załatwiała formalności związane z przejściem piłkarza z jednego klubu do innego). Chociaż nic, co związane z tą umową, nie było oficjalne. Przede wszystkim nikt w klubie o tej umowie nie wiedział. Marzena S. i Robert Sz. (wieloletni działacz Wisły, usunięty przez kiboli z klubu w grudniu 2016 roku ) oraz „Zielak”, który stał za tym wszystkim, wtajemniczyli jedynie księgowego, ale kategorycznie mu zakazali
informować o tym kogokolwiek. Długo umowa ta była wręcz legendą – podobno ktoś
ją widział, podobno ktoś został pobity za próbę jej wyciągnięcia, padały różne
kwoty i wymieniano różne podmioty, z którymi miała zostać zawarta.


Ja sam uwierzyłem w nią dopiero, gdy zobaczyłem listę przelewów, które Wisła zrobiła na konto Anny
M.-Z. I przyznaję: zamurowało mnie. 17 października 2016 roku była modelka „Playboya” dostała 123 000 złotych. W tytule przelewu widnieje: „prowizja pośrednika 10.2016–02.2017”. W tym samym czasie Wisła likwiduje drugą drużynę i zwalnia kolejnych pracowników, bo ponoć trzeba ciąć koszty, a Marzena S. w wywiadach opowiada, że udało jej się znacznie zmniejszyć zadłużenie klubu.


Kolejny przelew: 20 lutego 2017 roku – 86 100 złotych za „doprowadzenie do spotkania z
kontrahentem, projekt”. Marzena S. w mediach wciska kit, że klub zaraz będzie
miał bogatego sponsora. Tymczasem Wisła ma zaległości w wypłatach dla zawodników
sięgające kilku miesięcy. Kolejne wpłaty wpływały na konto M.-Z. aż do 17
października 2017 roku niemal co miesiąc. W sumie Annie M.-Z. wypłacono z konta
Wisły 824 100 złotych w dziewięciu przelewach. „Doradztwo marketingowe”, „pomoc
w umorzeniu długu UFA”, „pośrednictwo w pozyskaniu sponsora” – to tytuły
kolejnych przelewów (w tym samym czasie Marzena S. udzieliła wywiadu o tym, że
Wisła Kraków nie szuka inwestora, na stronie sport.tvp.pl).


Wtedy w zarządzie Wisły był też Manuel Junco, który zapewnia, że o umowie z żoną „Zielaka” nie miał
pojęcia, oraz Damian D., którego nie zdążyłem o nic zapytać, bo został
aresztowany za handel narkotykami po wyjaśnieniach złożonych przez „Miśka” w
prokuraturze. Marzena S. zapytana o tę umowę najpierw stwierdziła, że nic o
niej nie wie, a potem przez prawnika przekazała, że nie będzie komentować
swoich działań w Wiśle Kraków. Robert Sz. nie chce ze mną rozmawiać. Na umowie z
Anną M.-Z. widnieją podpisy Marzeny S. i Roberta Sz., bo regulamin spółki
wymagał, by podpisało ją dwóch członków zarządu. Ale do autoryzacji przelewów
wystarczała zgoda tylko jednego członka zarządu.


W czasie gdy Wisła wypłacała pieniądze żonie gangstera, na spłatę innych zobowiązań permanentnie brakowało pieniędzy. Klub tracił kolejnych piłkarzy z powodu zaległości, bo miesiącami
nie płacił trenerom, piłkarzom i innym pracownikom. Trudno racjonalnie
uzasadnić te wypłaty dla Anny M.-Z. Jej nazwisko nie widnieje na liście
pośredników reprezentujących któregokolwiek z piłkarzy Wisły, więc chyba nie
pomagała przy transferach. Żaden poważny sponsor Wisły nie miał pojęcia o jej
istnieniu, a co do dopiero o tym, że ściągnęła go do klubu, więc to też ślepy
trop. Sporu z firmą UFA Sports krakowska położna też nie rozwiązała. (Umowa z
firmą, która przed laty była potentatem na rynku praw telewizyjnych, wynikała z
kontaktów Bogusława Cupiała z Andrzejem Placzyńskim – tym samym, który później
zarekomendował Wiśle Jakuba M. jako inwestora. Umowa dotyczyła wyłączności na
sprzedaż skyboxów na stadionie i wyłącznego prawa do pośrednictwa w ściąganiu
sponsorów. Podpisano ją mimo sprzeciwu ówczesnego prezesa Jacka Bednarza.
Zakończyła się katastrofą: UFA sponsorów nie znalazła, a uwolnienie się od
pośrednika miało kosztować Wisłę nawet 7 milionów złotych. W czerwcu 2019 roku
Wisła zalegała następcom prawnym UFA jeszcze 1,8 miliona złotych).


Według niektórych śledczych umowa z Anną M.-Z. i przelewy na jej konto powinny być podstawą do
natychmiastowego postawienia zarzutów zarządowi Wisły co najmniej za niegospodarność.
Ale gdy pisałem te słowa, mijało właśnie pół roku, odkąd Prokuratura Regionalna
w Poznaniu przejęła śledztwo w sprawie nieprawidłowości w Wiśle i w sprawie
nadal nie działo się absolutnie nic... Anna M.-Z. nie odebrała kilku telefonów ode mnie.


Ślad po ukradzionych z Wisły pieniądzach można za to znaleźć w opisie zarzutów,
które małopolski wydział Prokuratury Krajowej postawił w kwietniu 2019 roku
Damianowi D. Według śledczych część kasy z klubu poszła na fundusz, z którego
„Misiek”, „Zielak” i Damian D. postanowili sfinansować handel narkotykami i
nielegalnymi papierosami. To miała być forma docenienia Damiana D. za to, że wyciąga
dla nich przyzwoite pieniądze z Wisły. Gangsterzy kupili nawet kilkanaście
kilogramów marihuany, ale narkotyk był tak fatalnej jakości, że nie było na
niego chętnych. Na szczęście jakość była wystarczająca, by postawić zarzuty
byłemu wiceprezesowi Wisły.


„Zielak” i Damian D. wiedzieli, że sprawa tej umowy może być gwoździem do ich trumny. Prawdopodobnie
na tym tle doszło do najsilniejszego konfliktu między „Miśkiem” a „Zielakiem”.
Trudno mi było uwierzyć, ale wszystko wskazuje na to, że Paweł M. stracił w pewnym
momencie kontrolę nad Wisłą, a grupa Sharksów okradała klub bez jego wiedzy.
Już ukrywając się we Włoszech, wysłał swojego człowieka do klubu, ten zajrzał do
dokumentów, a potem z potwierdzeniami przelewów dla Anny M.-Z. poszedł po
wyjaśnienia do „Skopka”. Został pobity i usłyszał, że jak faktury wypłyną, to
go zajebią. Ale spokojnie, swoją działkę z kasy dla żony „Zielaka” Paweł M. też
zgarnął. Trafiło do niego co najmniej 100 tysięcy.


Z kolejnego dokumentu, do którego dotarłem, czyli uchwały rady nadzorczej, wynika już niezbicie, że
nawet Misiek był oszukiwany przez towarzystwo rządzące Wisłą. 17 lutego 2017 roku rada nadzorcza klubu postanowiła dać zarządowi podwyżki. Zamiast około 10 tysięcy miesięcznie Marzena S. i Damian D. mieli zarabiać teraz po 45 tysięcy. Układ był taki, że połowa pensji idzie dla „Miśka” i „Zielaka”. Ale Paweł M. dostał info, że członkowie zarządu po podwyżce zarabiają po 30 tysięcy.
Dostawał z tego 15 tysięcy i nie narzekał. Zresztą gdy zaczął się ukrywać we
Włoszech, Damian D. przelał mu jedynie 12 tysięcy, a potem nie odpowiadał już
na ponaglenia o zapłatę zarówno ze strony „Miśka”, jak i jego konkubiny.


Smaczkiem dokumentu z 17 lutego 2017 roku jest zapis o premiach dla zarządu za osiągnięcia sportowe.
W piłce istnieje praktyka, że premiuje się konkretne osiągnięcia zawodników na boisku. Ale działaczy? Bez żartów. Tymczasem za awans Wisły do fazy grupowej Ligi Mistrzów Marzena S. i Damian D. mieliby dostać 500 tysięcy złotych, za mistrzostwo Polski – 100 tysięcy, za awans do Ligi Europy – 50 tysięcy, a za zajęcie w lidze miejsc od 4 do 8 – 25 tysięcy. Za tytuł króla strzelców nie przewidzieli dla siebie premii.


Po zmianach w klubie nowe władze wystąpiły do sądu o zwrot pieniędzy pobranych z tytułu tej uchwały (pozew wobec Marzeny S. opiewa na 523 tysiące), bo prawnicy uznali, że Damian D. nie
miał prawa jej podpisywać, będąc jednocześnie członkiem zarządu i członkiem
rady nadzorczej. Wisła chce, żeby oddał 800 tysięcy nienależnie pobranych
pensji. Drugą osobą z rady nadzorczej, której podpis widnieje na uchwale rady
nadzorczej, jest Tadeusz C. Oprócz niego w radzie nadzorczej Wisły zasiadał
Ludwik Miętta-Mikołajewicz. Panowie kasowali za bycie w radzie po 3 tysiące
złotych miesięcznie. Swoją drogą to był sprytny wybieg ze strony Sharksów, żeby
powołać do rady dwóch panów, którzy razem mieli 160 lat i ostatnią rzeczą, o jakiej
myśleli, było pilnowanie finansów Wisły.


Umowę z Wisłą miał też Szymon Michlowicz. Prawnik i wiceprezes TS Wisła
w przeszłości odbywał praktyki aplikanckie w kancelarii Marzeny S. Od lipca
2017 do sierpnia 2018 roku dostawał od klubu co miesiąc 3075 złotych za
świadczenie usług prawnych – umowa dotyczyła obsługi relacji TS Wisła z miastem. Ostatnich
kilku faktur klub już nie opłacił z powodu pustej kasy. Gdyby zebrać wszystkich
prawników, którzy zarabiali na Wiśle, można by nimi zapełnić spory sektor na
stadionie przy ulicy Reymonta.


Przeglądając kolejne faktury, zrozumiałem, dlaczego mój reportaż do Superwizjera powstawał tak długo i skąd wzięła się część problemów z jego realizacją. Wisła wydała bardzo dużo
pieniędzy, żeby mnie powstrzymać. Pierwsze zdjęcia
powstały późną wiosną 2017 roku. Gdy wszystko było już w miarę gotowe, a emisja
wstępnie zaplanowana na zimę 2018, przystąpiłem do ostatniego etapu prac, czyli
odpytania zarządu Wisły. Pytania z prośbą o rozmowę wysłałem w grudniu 2017
roku do ówczesnej rzecznik klubu Olgi Tabor-Leszko. Zaczęło się grzecznie: pani
Olga na początku tłumaczyła, że są bardzo zajęci, bo koniec roku, okienko
transferowe i tak dalej. Potem wysłała serię absurdalnych maili, w których
tłumaczyła, dlaczego zarząd nie będzie ze mną rozmawiał, przy czym tak się
zapętliła w swoich pseudowyjaśnieniach, że w mailu z 19 stycznia 2018 roku stwierdziła,
iż zarząd chciał ze mną rozmawiać, ale to moja wina, że do rozmowy nie dojdzie,
bo nie współpracuję z klubem. Przypomnę tylko, że pani Olga nie miała
doświadczenia uprawniającego do bycia rzecznikiem. Ale była koleżanką Marzeny S.
i bardzo pomagała jej w przeszłości w prowadzeniu kancelarii radcy prawnego,
więc teraz mogła się sprawdzić na nowym stanowisku. Na jej usprawiedliwienie
mogę dodać, że nigdy nie polubiła tej pracy i bez żalu z niej zrezygnowała w
maju 2018 roku. Do dziś ma żal do Marzeny S. za kłopoty, w jakie ta ją
wpakowała.


Wiedziałem, że ktoś pomaga klubowi w ogarnięciu bałaganu, który mógł spowodować mój materiał. Ale
nie spodziewałem się, że można to robić tak głupio i drogo.




 Chcesz przeczytać więcej? Zamów książkę, klikając w button poniżej.